Kiedy pojawiły się zeszyty z kolorowymi okładkami zamiast zwykłych tekturowych brulionów dzieci polubiły szkołę. Nie pamiętam od czego zaczęła się szkolna mania zbierania karteczek. To były karteczki z takich małych kolorowych notesików, które na jednaj stronie były puste, można tam było robić notatki, a na drugiej stronie miały jakiś baśniowy obrazek, albo zwierzątko etykiety. Oczywiście, nam dzieciom nawet przez myśl nie przeszło żeby te śliczne kolorowe karteczki zbrukać pismem. Karteczka musiała być taka tabula rasa. Im czystsza i delikatniejsza była tym większa jej wartość. Ponieważ chodziłam do szkoły na wsi gdzie wszystkie mody przychodziły później, jak to zwykle z peryferiami bywa, o czym miałam się dowiedzieć później, to moja kuzynka, która mieszkała w mieście oświeciła mnie, że coś takiego się dzieje. Ten karteczkowy handel.
Opakowania po gumach